Na początku był jamnik
Na początku był jamnik. Potem dwa kajaki. A potem Narew. Przynajmniej jeśli chodzi o nas. Bo jeśli chodzi o świat, to niemal na pewno pierwsza była Narew.
Skoro już mowa o pierwszeństwie… Narew przez długi czas pozostawała w otwartym konflikcie z Bugiem. Do 1962 roku była tylko jego prawostronnym dopływem. Do Wisły zaś, może trochę na pocieszenie, nie wpadał wcale Bug, ale Bugonarew (Bugo-narew). Po wybudowaniu zapory w Dębem i spiętrzeniu Bugu w Jezioro Zegrzyńskie powstała jednak pilna potrzeba zmiany nazewnictwa – Bugonarew stała się ostatecznie Narwią, Narew awansowała na dopływ Wisły, a Bug został zdegradowany do jej dopływu.
Zresztą, formalne ustalenia sobie, a ludzie sobie – i tak dla większości osób Jezioro Zegrzyńskie jest Zalewem Zegrzyńskim, a fragment rzeki od zalewu do Wisły – Bugonarwią. Co ciekawe, ustawodawca przytomnie zdawał sobie z tego sprawę (co ustawodawcom zdarza się chyba rzadko) i sam zastrzegł, że nazw tych należy używać obowiązkowo jedynie „w stosunkach publicznych”.
Przygotowania
Jako że dawno nie pływaliśmy kajakami dłużej niż kilka godzin, zrobiliśmy najpierw krótki research (lub też, jeśli ktoś woli, krótką kwerendę) na temat przeciętnego dystansu możliwego do przepłynięcia w ciągu jednego dnia. Różne źródła podają oczywiście różne wartości, założyliśmy jednak na ich podstawie, że przy rekreacyjnym, niespiesznym tempie można przepłynąć bez większego wysiłku odpowiednio:
– po wodach stojących – 20 km dziennie,
– po wodach płynących – 30 km dziennie.
Jeśli posiada się własne kajaki, logistyka wyprawy robi się nieco skomplikowana. Plan był taki: spotykamy się z naszym przewozicielem (dzięki Ci, o przewozicielu!) na parkingu w Zegrzu Północnym, dokąd każdy dojeżdża własnym samochodem. Jeden samochód zostaje na parkingu, drugi samochód z kajakami zawozi nas na miejsce startu, czyli do wsi Lubiel Nowy, a dokładnie w miejsce kursowania promu, gdzie można wygodnie zwodować kajaki. Następnie przewoziciel wraca na parking w Zegrzu Północnym, zostawia jeden samochód, a swoim wraca do swoich (niecierpiących zwłoki) spraw. W ten sposób przewoziciel jest angażowany jednokrotnie, a my z drugimi kluczykami spływamy sprytnie do Zegrza Północnego.
Lubiel Nowy znajduje się na 97. km Narwi, a Zegrze Północne ok. 32 km, założyliśmy więc, że przepłyniemy mniej więcej 65 km, z czego większość po wodach płynących (mniej więcej od mostu w Wierzbicy nurt staje się właściwie niedostrzegalny).
Dzień 1. spływu
Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Złapaliśmy (a jakże!) lekkie opóźnienie, bo zapomnieliśmy wziąć drugiego kluczyka, a musieliśmy jeszcze zahaczyć o miejsce przechowywania świętej łodzi (czyli omegi „Udręka i ekstaza”, o której innym razem), żeby pobrać trzy kamizelki ratunkowe i liny na cumy.
Na parking w Zegrzu Północnym dotarliśmy więc z godzinnym poślizgiem, przewoziciel był jednak cierpliwy (o dzięki Ci, przewozicielu!). Do Lubiela Nowego dotarliśmy już bez większych przeszkód, korków nie było (jeszcze), procesji nie było (jeszcze), prom nie kursował (jeszcze, a ewidentnie mógł, bo zapotrzebowanie było spore, w ciągu pół godziny wodowania podjechały chyba ze trzy samochody wyrażające nieodpartą chęć teleportowania się na drugą stronę).
Załadunek poszedł szybko, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że gdybyśmy płynęli w pełnej obsadzie, mogłoby być już nieco ciasno – trzyosobowy namiot, trzy śpiwory, trzy maty samopompujące, sztormiaki, kamizelki ratunkowe (gaci nie liczę, bo zajmują tyle, co nic), prowiant, wyposażenie kambuzowe i jamnik, to jednak nie w kij dmuchał.